[Błazenada mości państwo!]
Błazenada mości państwo!
Drób zarządza dziś w chlewiku.
Cienko przędą, ale przędą,
znaczy się, że swetry będą
wyszywane w Białymstoku.
Słońce nam się rozmnożyło,
teraz dwa, widywać można.
Jedno, hen daleko w niebie,
kręci się dokoła świata.
Drugie, nieco mniejsze raczej,
podryguje tu, w stolicy.
Licho nie śpi,
toteż pobudziło innych,
by rozgardiasz wprowadzali
w nasze czyste, ufne głowy.
Od tej pory do kolacji,
zamiast przypraw używamy wzorców godnych
tego, by nie mówić o nich solę,
jeno pieprzę… takie flaki.
Wnet nadzieja,
z płytkiej drzemki obudzona,
susem gibkim
wiejskie schody pokonała.
Nikt biedaczce nie oznajmił jednak,
że zamknięto salę wielką.
A powodem były sprawy wagi wyższej
niżbyś myślał.
Absolwenty wraz z Soplicą,
przy zielonym siedzą stole.
Wykładają karteluszki,
dokumenty i przekroje.
W oczy kole, powiadają,
popijając fest zmrożone.
Błazenada przyjaciele!
Pora wziąć się za porządki.
Ale zaraz!
Jak mam niby,
uratować kraj od zguby?
Słowem?
Wersem?
Piekarnikiem!